

Nasza rodzinna miłość do koni przenosi się chyba w genach po stronie żeńskiej. Mama od dziecięcych lat zakochana była w tych majestatycznych stworzeniach, ale niestety w tamtych czasach jazda konna była jeszcze bardziej ekskluzywnym sportem niż obecnie i dowiedziawszy się o warunki i ceny jazdy w jedynym wtedy ośrodku w okolicy Hipodromie, musiała odłożyć marzenia na później. Ja i moja starsza siostra podzieliłyśmy los naszej kochanej rodzicielki i w wieku moich lat sześciu pierwszy raz ‘zaciągnęłyśmy’ rodziców do stajni. Efekt był natychmiastowy. Gwałtowny wybuch emocji i miłości do koni. Tak zaczęła się nasza rodzinna przygoda. Szkółka, weekendowe jazdy, więcej więcej więcej… Ciężko było opanować zapędy moje i mojej siostry, ale nasza mama Hania dzielnie woziła nas na jazdy i czekała, aż córki wyszaleją się w stajni pomagając komu popadnie w każdej możliwej czynności. Pewnego dnia odżyły w jej sercu dawno temu wyciszone pragnienia i siadła po raz pierwszy na konia. Nie musze chyba mówić jak to się skończyło. Coraz większy zapał, wciąż rosnące ambicje. Siostra powoli ograniczała swoje uczestnictwo w naszych wypadach, my natomiast zapadałyśmy się coraz głębiej. Jazdy indywidualne wydawały się w tym momencie jedynym wyjściem, bo zyskałyśmy wiedzę i obycie na tyle duże, by zrozumieć, że szkółka jest etapem przejściowym i docelowo nie nauczy nas jeździć konno, a żeby się rozwijać trzeba dać z siebie coś więcej i znaleźć instruktora, którego celem jest nauczyć, a nie przespać się na przeszkodzie po środku placu. Prawie dwadzieścia lat temu jednak, nie mając własnego konia ciężko było o taki typ jazd. Wszechobecne szkółki monopolizowały świat koński.
W międzyczasie nasza męska część rodziny - tata Waldek pozytywnie nakręcony na wyścigi konne, przez znajomego trenera Grzegorza W. zakupił stadninowego folbluta o historycznym imieniu Juliusz po Winds Of Light (brat sławnego Juliusza Cezara). Los chciał, że Juluś okazał się koniem o wielkim sercu do ludzi i cudownym charakterze natomiast ujemnej ambicji sportowej i wrodzonym pechu. Powiem tak, jeśli na prostej drodze można potknąć się o piasek to Julek właśnie to uczyni. Do dziś nie wiem czy to prawda, ale krążyła plotka, ze na swym pierwszym treningu wyścigowym nasz dumny xx wyskoczywszy z boksu startowego przyssał się do rosnącej nieopodal trawki i ani mu w głowie było jakieś bieganie za kolegami w kólko. No zupełnie to było dla niego bez sensu. Julek jednak tak podbił nasze serca już jako roczniak, że mimo braku widoków na jakiekolwiek sportowe wyczyny nie było dla nas dopuszczalne nawet rozważenie sprzedaży. Tak więc ostał nam się postwyścigowy (kilka wyścigów chłopak jednak pobiegł) 3 letni ogier pełnej krwi angielskiej i dwie adeptki sztuki jeździeckiej na raczej średnio zawansowanym poziomie. I tu los się do nas uśmiechnął. Znaleźliśmy małą 4-konną stajnię parę kilometrów od domu, a w niej naszą późniejszą trenerkę i wieloletnia przyjaciółkę Gosię G. Gdyby nie jej wiedza, doświadczenie, surowość i zapał połączony z perfekcjonizmem pewnie nic nie wyszłoby z naszej współpracy z tak młodym i nie ułożonym koniem. A łatwo nie było. Charakter charakterem i z ziemi ten nasz koń jawił się niczym anioł. Pod siodłem za to… co to się nie działo. Mimo szybkiej kastracji mającej wytępić szalejące hormony, ciężko było jeździć na koniu, który tylko stępował lub galopował, a wszystko ozdabiał ciekawymi seriami bryków, baranków i łamańców. Upadek za upadkiem i brak hamulców oraz ręce wyciągnięte aż do ziemi. Tak w skrócie można opisać kilka lat jazdy na Julusiu. Praca, praca i jednak udało się z kolega dogadać, choć muszę przyznać, że jak sobie coś uwidzi to i dziś zsadzi mnie w tępie na ¾, a potem stanie nade mną trzepocząc rzęsami i robiąc minkę w stylu ‘a co ty tam na ziemi robisz’, a ja śmieję się kiwając głową jak mnie stary wyga załatwił.
Własny koń rozpoczyna zupełnie inny rozdział w życiu. Nagle okazuje się, że trzeba wiedzieć więcej, bardziej się starać i budować zupełnie inną relację. Stajecie się partnerami, przyjaciółmi, duetem. W stajni u Pani G. nauczyłyśmy się wszystkiego na czym budowałyśmy późniejsza wiedzę i do czego dokładałyśmy kolejne doświadczenia. Mając własnego konia w płatnym hotelu sprzątałyśmy stajnie, czyściłyśmy wszystkie konie, karmiłyśmy, padokowałysmy czy myłyśmy i przebierałyśmy kilogramy marchwi w zimnej wodzie w środku zimy, a także pilnowałyśmy stajni podczas kilkudniowych wyjazdów Pani Trener na zawody. Wtedy narzekałam pod nosem, dziś jestem wdzięczna i zadowolona, że przeszłam ciężką, wymagającą szkołę jeździeckich realiów zarówno jeśli chodzi o treningi jak i obycie z koniem i wiedzę ogólną o tych zwierzętach, a nie tylko woziłam pupę na koniu pusząc się ‘co to nie ja, bo mam konia’. Dwa razy w późniejszym czasie zmienialiśmy stajnię cały czas jednak trzymaliśmy się razem z Pania G., która wciąż uczyła nas zarówno sztuki jeździeckiej jak i wszystkiego dotyczącego opieki nad koniem oraz dziedzin powiązanych z posiadaniem własnego wierzchowca. To ona nauczyła nas zasady ‘najpierw koń, potem sprzęt, potem jeździec’. Jest to motto, które królowało w naszej kawalerii już lata temu. Szkoda tylko, że polskie jeździectwo zdaje się zupełnie o nim nie pamiętać.
Każdy, kto trzymał kiedyś konia w typowym pensjonacie wie, że można im wiele zarzucić. Przychodzi moment, że chce się uciec ze swoim ulubieńcem ‘na swoje’. Zapewnić koniom lepszy byt i komfort psychiczny. Tak też było z nami. Pewnego dnia marzenie się ziściło i nasze dwa rumaki zostały przeniesione do nowego domu w Karwieńskich Błotach, co rozpoczęło zupełnie nowy rozdział w naszym życiu. Przeprowadzka odbyła się w 2002 roku. Najpierw były to dwa koniki. Później kolejne dwa- zaźrebione klacze arabskie prosto z toru wyścigowego. Następnie urodziły się dwa małe arabuski. Własna stajnia. Zupełnie inny świat. I tak jak w przypadku kupna własnego konia, nagle okazuje się jak niewiele człowiek wie, jak małe ma doświadczenie i jak dużo trzeba jeszcze pochłonąć obycia, doświadczenia i życiowych mądrości chcąc prowadzać stajnie. Konie uczą pokory. To moje powiedzenie i tak właśnie się stało. Stajnia w całości budowana była pod czujnym okiem Pani G. i spełnia wszystkie warunki jakich koniom potrzeba. Reszta należała do nas. Czystość, utrzymanie, dobrostan zwierząt. To dla nas najważniejsze rzeczy i miło usłyszeć czasem pochwale od przyjezdnych koniarzy, że stajnia jest w stylu ‘niemieckiej szkoły’. Dumnie można wtedy unieść głowę i człowiek wie, że jego wysiłki nie spełzły na niczym. Osiem lat doświadczenia w prowadzeniu własnego ośrodka to całkiem sporo i niewiele zarazem. Wiele się u nas działo złych i dobrych rzeczy. Choroby, odejścia, narodziny, radości, niepowodzenia i małe sukcesy. Wszystko to ukształtowało naszą stajnię, ale wciąż pokorni i otwarci na wiedzę rozwijamy się i uczymy.